Czekacie na premierę ostatniego sezonu Gry o tron? Kto przeżyje? Która z sióstr Stark będzie górą? Ja już nie mogę się doczekać.

Tymczasem, żeby nie zmuszać Was do wyboru pomiędzy Sansą i Arią, zapraszam do lektury bloga Edyty Stark 🙂

Edyta jest moją aplikantką, również fanką Games of Trones, a przy okazji specjalistką w sprawach zniesienia współwłasności. I właśnie od dzisiaj Edyta prowadzić będzie jeden z blogów naszej Kancelarii – zakończenie działalności

Do tej pory  blog poświęcony był różnym aspektom zakończenia biznesu, teraz zaś Edyta pisać będzie o zakończeniu, ale współwłasności nieruchomości, czyli – jak to mówią prawnicy – o zniesieniu tejże współwłasności.

Jeżeli interesuje Cię również coś innego oprócz zakończenia działalności Starków w Winterfell (chociaż mam nadzieję, że jednak przeżyją), to zapraszam na bloga Edyty Stark.

A poniżej zdjęcie Dubrownika. Sami wiecie, co tam się działo.

 

Każdy czytelnik mojego bloga wie, że w 2018 r. doszło do skrócenia terminów przedawnienia. Najogólniej rzecz ujmując z 10 lat na 6. O szczegółach pisałem tutaj:

Poradnik o nowych zasadach przedawnienia roszczeń

Ale właśnie przeczytałem ustawę, która terminy dochodzenia roszczeń nieco wydłużyła. O jakie roszczenia chodzi?

Chodzi o dość hermetyczne (i na pewno rzadziej stosowane niż kodeks cywilny) przepisy ustawy prawo ochrony środowiska. Mam do tych przepisów sentyment jeszcze z czasów studiów na UMK, kiedy uczęszczałem na wykłady prof. Ryszarda Paczuskiego (obecnie UKW w Bydgoszczy). A poza tym bardzo lubię przyrodę (stąd na blogu czasami przyrodnicze zdjęcia).

Ustawa ta przewiduje w swoim art. 129, że może dojść do takich sytuacji, gdy na skutek ograniczenia sposobu korzystania z nieruchomości korzystanie z niej (lub z jej części) w dotychczasowy sposób stało się niemożliwe (lub istotnie ograniczone).

A tak może być na skutek np. wejścia w życie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, który zawiera jakieś ograniczenia. O jednej takiej sprawie wspominał mój kolega, Iwo Fisz już kilka lat temu:

Kolejny wyrok przeciwko Miastu Zakopane

Jakie więc roszczenia przysługują właścicielowi czy użytkownikowi wieczystemu? Otóż mogą oni żądać wykupienia nieruchomości (bądź jej części) lub odszkodowania.

Ale tym, co mnie interesuje w tym wpisie, jest okres w którym można dochodzić tych roszczeń. Bo skoro jest to roszczenie, to i czas jego dochodzenia też jest ograniczony. Reguluje to art. 129 ust. 4 prawa ochrony środowiska (wprowadzając tzw. termin zawity):

Z roszczeniem, o którym mowa w ust. 1-3, można wystąpić w okresie 2 lat od dnia wejścia w życie rozporządzenia lub aktu prawa miejscowego powodującego ograniczenie sposobu korzystania z nieruchomości.

I dzień dzisiejszy, czyli 14 marca 2019 r., jest ostatnim dniem obowiązywania tego przepisu. Okazuje się bowiem, że w wyroku z dnia 7 marca 2018 r. (K 2/17) Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis ten jest niezgodny z Konstytucją i utraci moc rok po publikacji wyroku. I rok ten minie dzisiaj.

Trybunał zakwestionował – na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich – ten dwuletni okres jako zbyt krótki. Ustawodawca musiał zatem korzystniej tę kwestię uregulować. I uregulował, wydłużając termin dochodzenia roszczeń do 3 lat. Przepis art. 129 ust. 4 Prawa ochrony środowiska ten brzmi teraz tak :

Z roszczeniem, o którym mowa w ust. 1-3, można wystąpić w okresie 3 lat od dnia wejścia w życie rozporządzenia lub aktu prawa miejscowego powodującego ograniczenie sposobu korzystania z nieruchomości.

Czy to rozwiąże problem? Czy 3 lata wystarczą? No cóż, termin jest nadal krótki, normalnie konsumenci na podstawie kodeksu cywilnego mają 6 lat na dochodzenie roszczeń. Co stało na przeszkodzie, żeby tu też było 6 lat?

Na osłodę dodam jedynie, że do roszczeń, powstałych przed 14 marca 2019 r. – w stosunku do których nie upłynął jeszcze 2 letni termin – stosuje się nowe przepisy. Oznacza to, że osoby, którym 2 lata wg starej ustawy się zbliżały, mają jeszcze nieco czasu na to, by zadbać o swoje sprawy.

 

Odpowiedź na tytułowe pytanie jest krótka – zawezwanie do próby ugodowej sensu nie ma. A przynajmniej nie ma sensu sposób, w jaki większość wierzycieli traktuje tę instytucję. Co tydzień słucham labo czytam:

Panie Mecenasie, zawezwanie już zrobiłam roku temu, teraz już chodzi tylko o pozew.

albo

Prawie dwa lata temu była sprawa ugodowa, ale nie było ugody. Czekałem na zapłatę, ale już dłużej nie mogę.

czy

Spokojnie, przedawnienie na pewno nie grozi, bo kilka lat temu zrobiliśmy sprawę ugodową i przerwaliśmy bieg przedawnienia. Pisał Pan o tym na swoim blogu.

Ale z tego wynika, że autorzy tych słów w ogóle nie zrozumieli, po co jest to całe zawezwanie. Najpierw o tym, czym ono nie jest:

  1. Nie zastępuje pozwu, bo nie jest tanią wersją sprawy o zapłatę.
  2. W 99% przypadków nie doprowadzi do zapłaty długu.
  3. Sąd niczego nie rozstrzyga, nie przyznaje racji, nie bada sprawy, nawet nikogo nie wysłuchuje.

A czym zatem owo zawezwanie jest?

Dla dłużnika jest przede wszystkim wyraźnym sygnałem, że w przyszłości zamierzasz dochodzić swoich roszczeń. To takie ostrzeżenie – uwaga dłużniku, za jakiś czas być może na poważnie zacznę się troszczyć o moje pieniądze!

I co ma zrobić biedny dłużnik po takim ostrzeżeniu? No cóż, raczej ucieka z majątkiem niż oszczędza na spłatę. Ale to oznacza, że zamiast sobie pomóc, wierzyciele działają wbrew swoim interesom i sami sobie szkodzą.

Czy zatem zawezwanie do próby ugodowej nie ma sensu w ogóle?

Oczywiście, że czasami sens ma.

Bywają np. sytuacje, gdzie toczy się proces „na próbę”, o małą kwotę, żeby przesądzić zasadę odpowiedzialności, a reszta roszczenia jest zabezpieczona. I wówczas, żeby nie dopuścić do przedawnienia, można stosować zawezwanie.

Albo okres przedawnienia zaraz upłynie i żeby ratować roszczenie trzeba przerwać bieg przedawnienia takim prostym wnioskiem. Ale w taki przypadku pozew trzeba zrobić od razu, natychmiast po przerwaniu przedawnienia.

Czasami jest też tak, że dłużnik na 100% jest wypłacalny i zawezwanie ma być wyraźnym sygnałem determinacji wierzyciela.

No i czasami jest tak, że pewne sprawy można załatwić właśnie w ugodzie sądowej, ale wówczas obie strony chcą takiej rozprawy ugodowej, zawierają na niej wówczas swoista „umowę sądową”.

Ale jeżeli traktujecie zawezwanie do próby ugodowej jako jakiś mechanizm dochodzenia roszczeń, to przestańcie. Nie idźcie tą drogą. 

 

Najpierw napiszę o co w sprawie chodziło. Otóż dłużnikiem była spółka z ograniczoną odpowiedzialnością (dług to ponad 500.000 zł). Egzekucja okazała się skuteczna tylko częściowo, więc na podstawie art. 299 ksh pozwaliśmy członków zarządu. Sąd zasądził od nich całą należność, odsetki, koszty, słowem wygrana w 100%. Do tej pory wszystko jest w miarę jasne (chociaż trwało ponad rok).

Wszczęliśmy więc egzekucję przeciwko członkom zarządu. Mieli oni majątek, w tym udziały w innej spółce z o.o. (bardzo fajnej). Oczywiście złożyliśmy wniosek o zajęcie tych udziałów, co też komornik uczynił, udziały zostały wysoko wycenione. Jednak w toku postępowania egzekucyjnego dłużnicy (czyli wspomniani powyżej członkowie zarządu odpowiedzialni za długi swojej spółki) zbyli te zajęte udziały na rzecz osób trzecich. Zgodnie z treścią umów sprzedaży (były złożone do KRS) każdy ze sprzedających miał otrzymać po 150.000 zł za udziały. Cena miała być zapłacona kilka miesięcy po zawarciu umowy, umowa została złożona do KRS.

Czy to oznacza, że nie uda się już nic z tym zrobić? Na szczęście nie. Oczywiście natychmiast zajęliśmy wierzytelność o zapłatę ceny za te udziały. I spokojnie czekaliśmy aż nadejdzie termin zapłaty. Jeżeli bowiem kupujący zapłaciłby bezpośrednio, ignorując zajęcie, naraziłby się na odpowiedzialność. Ale jeżeli nie zapłaciłby w terminie, to po stronie sprzedającego powstawało wymagalne roszczenie.

I tutaj właśnie wkroczyliśmy. Żeby wyjaśnić, co zrobiliśmy dalej, muszę przytoczyć przepis art. 887 § 1 kpc:

Z mocy samego zajęcia wierzyciel może wykonywać wszelkie prawa i roszczenia dłużnika. Na żądanie wierzyciela komornik wydaje mu odpowiednie zaświadczenie.

To bardzo ciekawy przepis. Na jego podstawie wierzyciel uzyskuje tzw. legitymację procesową. Oznacza to, że może np. pozwać o zapłatę chociaż przecież nie jest „prawdziwym” wierzycielem. Jest on tylko (i aż) tzw. wierzycielem egzekwującym.

Najpierw więc uzyskaliśmy zaświadczenie, że możemy wykonywać wszelkie prawa z zajętej wierzytelności. Poniżej kopia tego zaświadczenia.

Następnie, od razu po upływie terminu zapłaty ceny za udziały, wytoczyliśmy powództwo o zapłatę tych pieniędzy dla sprzedających, ale do rąk naszego klienta.

I właśnie niedawno Sąd Okręgowy uwzględnił nasze pozwy i zasadził zgodnie z żądaniem. Poniżej kopia wyroku. Zwróć uwagę, że nasz klient został tam nazwany właśnie „wierzycielem egzekwującym”.

Czyli cały ciąg pozwów był następujący: spółka z o.o. – członkowie zarządu – ich dłużnicy. Trochę trzeba się było namęczyć, ale warto.

Teraz pozostaje przeprowadzenie egzekucji. Podejrzewam, że będzie skuteczna.

A tymczasem w Toruniu piękna pogoda.

 

1 2 3 104 Strona 1 z 104

Zapraszam do subskrypcji bloga


Administratorem danych osobowych jest Sienkiewicz i Zamroch Radcowie prawni sp.p. (ul. Warszawska 4/3, 87-100 Toruń).

Kontakt z Administratorem jest możliwy pod adresem radcowie@radcowie.biz.

Pozostałe informacje dotyczące ochrony Twoich danych osobowych w tym w szczególności prawo dostępu, aktualizacji tych danych, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia danych oraz wniesienia sprzeciwu na dalsze ich przetwarzanie znajdują się w tutejszej Polityce Prywatności. W sprawach spornych przysługuje Tobie prawo wniesienia skargi do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.